Second wind - jak sport zmienił moje życie
Second wind - jak sport zmienił moje życie
Reklama

Nie jestem do końca normalny. Kiedy skończyłbym swój trening, a Ty zapytałbyś, czy idę pobiegać pierwszą rzeczą jakbym bym zrobił to założył buty. Jestem absolutnie, totalnie wkręcony w sport – tak bardzo, że dłuższe przerwy sprawiają mi prawdziwie fizyczny ból. Ale nie zawsze tak było.

Second wind – jak sport zmienił moje życie

Nie zawsze weekendowe poranki zaczynałem do biegów długodystansowych, czy treningów na siłowni. Wraz z tą manią, bo inaczej nie mogę tego nazwać, zmienił się każdy aspekt mojego życia. Na lepsze. Sport pozwolił odbić się od dna i przełamać toksyczne nawyki. Dojrzewałem do tego dwadzieścia lat i mam nadzieje, że Ty po lekturze tego tekstu nie będziesz potrzebował aż tyle czasu.

W podstawówce, gimnazjum i szkole średniej raczej nie lubiłem wuefu. Kiedy koledzy zaczytywali się w Bravo Sport ja wolałem konsolę, czy książki (nadal je kocham, ale o tym później). Do drużyn byłem wybierany jako jeden z ostatnich i nigdy nie sprawiło mi to większego problemu. Dodaj do tego śmieciowe żarcie i masz przepis na małego grubaska. Pomimo tego byłem raczej szczęśliwym typem. Ta fizyczna niemoc nie przeszkadzała mi przez wiele lat, a fiaska związane z próbą podjęcia jakiegoś sportu nie były tragediami, tylko przechodziły do codzienności. Aż pewnego dnia coś we mnie pękło. Zacząłem nie lubić siebie.

Nielubienie szybko przerodziło się w nienawiść, nienawiść w złość, a złość w totalnego doła z którego nie mogłem się wygrzebać. Myślę, że ta pętla trwała by do dzisiaj, gdyby nie dwie rzeczy – sport
i hardcore punk (Have Heart to najbardziej motywujący zespół wszechczasów i nawet nie próbuj dyskutować). Tak jak muzyka pozwoliła mi poznać wielu wspaniałych ludzi, pojeździć z nimi Europie i zbić mnóstwo piątek, tak sport pozwolił mi uwierzyć w siebie, odnaleźć własną wartość i przełożyć to na inne dziedziny życia.

W sporcie, a w szczególności bieganiu długodystansowym, istnieje fenomen zwany „second wind”

W sporcie, a w szczególności bieganiu długodystansowym, istnieje fenomen zwany „second wind”. Kiedy sportowiec nie ma już totalnie sił i nie może złapać oddechu, nagle znajduje w sobie tyle energii, że potrafi operować na szczycie swoich możliwości. Takie coś spotkało mnie w życiu – kiedy myślałem, że nic dobrego już się nie wydarzy, sport zmienił mój sposób myślenia, a sposób myślenia zmienił wszystko. Zaczęło się od krótkiego epizodu z boksem (do którego wciąż nie mogę wrócić), a w międzyczasie zapisałem się na maraton. Bez żadnego doświadczenia w zawodach, bez większych przygotowań udało mi się przebiec królewski dystans w Poznaniu. To był punkt krytyczny i dał mi takiego kopa, którego czuję do dzisiaj i którego sukcesywnie podkręcam.

Nagle wstawanie o 5 rano, aby poćwiczyć przed pracą przestało być problemem. Zawsze wmawiałem sobie, że szkoda na to czasu, ale treningi zaczęły sprawiać, że czułem się coraz lepiej, miałem coraz więcej energii, nie tylko na sport, ale na wszystko. To sport pokazał mi, że z odpowiednią dozą motywacji i samozaparcia można zmienić wszystko – wszystko, co Ci w życiu nie pasuje.

Jedno oczywiście nie wyklucza drugiego – nadal lubię noce spędzone z książką, czy przed konsolą – z jedną zasadniczą różnicą – zawsze znajdę czas na trening. Pomimo tego, że czasem kompletnie brak mi sił, czy pomimo rosnącej liczby obowiązków. W zeszłym roku, w dniu poznańskiego półmaratonu na którym udało mi się wykręcić życiówkę ukończyłem także trzecią część Wiedźmina (gra dekady!) na najwyższym poziomie trudności – zgadnij, co przyniosło mi większą frajdę. Trzy treningi w tygodniu to minimum i raczej nie pozwalam sobie na zawalenie tego systemu.

Porażka nie istnieje

Z biegiem czasu, chyba przekodowałem swój mózg – synapsy połączyły się w taki sposób, że wykreśliły słowo „porażka” z mojego zasobu. Porażka nie istnieje – są ewentualnie małe kroki w tył, potrzebne, aby ostatecznie skoczyć w przód. Nawet zapalenie mięśnia, po którym musiałem chodzić o kulach, nie przekreśliło moich startów w Survival Race, a dwa tygodnie później w Xtreme Challenge. Było to skrajnie nierozsądne, ale ja już inaczej nie umiem myśleć, ani działać. Na pewno wynika to też z otoczenia – cała ekipa 77 Sport to zgraja takich samych świrów, którzy wiecznie motywują, aby przeć do przodu i naprawdę cieszę się, że mogę działać z tą bandą.

Pewnie pomyślisz sobie, że ten tekst to wyłącznie zbiór truizmów i haseł zahaczających o coaching, ale uwierz, że czasem najprostsze rzeczy najtrudniej pojąć. Sport pozwolił mi rozwinąć skrzydła, daje wieczny haj i nie jest w żadnym wypadku celem w życiu. Jest wieczną drogą, która nigdy się nie skończy, ale daje wiele dobrego. To idealny deal – Ty dajesz trochę czasu, a w zamian dostajesz nieskończone pokłady energii. Piszę sport, bo nieważne co robisz – czy katujesz się na siłowni, biegasz, pływasz, czy grasz w piłkę – sprawia to, że czujesz, ze żyjesz.

Jeśli choć jedna osoba po lekturze tego tekstu stwierdzi, że warto wstać z kanapy, odłożyć na chwilę pada, wyłączyć telewizor i zacząć swoją przygodę ze sportem – uznam to za mój największy sukces w życiu. Gwarantuję, że jeśli przy tym zostaniesz – Twoje życie się odmieni.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here